Mama Gada idzie na łatwiznę
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą póltoraroczniak bez zębów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą póltoraroczniak bez zębów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 listopada 2016

Z perspektywy czasu: dziecko butelkowe

Gaduchna ma już prawie 2 i pół roku, a temat mojego karmienia butelką wciąż siedzi mi w głowie.

Gdy panna miała 9 miesięcy, jeszcze w starej wersji bloga, powstał tekst, w którym próbowałam zmierzyć się  z argumentami przeciwników karmienia mlekiem modyfikowanym.  Miesiąc wcześniej powstał jeszcze inny tekst, który zrobił "furorę" - cytowany był na forach i grupach dla mam karmiących sztucznie: "Tylko leniwe matki nie karmią piersią".

Temat wciąż mi siedzi w głowie, wciąż powoduje napady płaczu i poczucie winy. Bo nie dałam Gadzie tego, co powinnam. Bo nie umiałam jej nakarmić. Bo gdyby przyszło mi żyć wiek wcześniej, to ani bym jej nie urodziła (cc ze względu na ułożenie dziecka), ani (jeślibym jednak zdołała żywo urodzić), nie byłabym w stanie nakarmić. Bo NIC MI NIE LECIAŁO.

W ostatnich tygodniach miałam okazję dopingować w walce o naturalne karmienie bardzo bliską mi młodą mamę. Tamta mama odniosła sukces! Sądzę jednak, że nie bez znaczenia było tutaj jednak podejście położnych szpitalnych - u mnie, w szpitalu, w którym rodziłam, położnej laktacyjnej nie ma. Położne owszem, przychodziły i próbowały pomagać, ale ewidentnie same nie miały do mojego karmienia przekonania. Jak się okazywało, że dziecko po godzinnym wiszeniu na piersi dalej płacze, to one myk - dawały jej butelkę. Myślę, że moja laktacja miała szanse na rozkręcenie, ale nie miałam należytej pomocy. Gada płakała zapewne głównie dlatego, że jej hajnidzi charakter dawał o sobie znać od pierwszych minut życia (położne mówiły do odwiedzających mnie osób, że moje dziecko to to, które najgłośniej płacze...). Moja bliska kilka tygodni temu rodziła przez cc w świetnym szpitalu i spędziła w nim po porodzie tydzień. W tym czasie położna laktacyjna przychodziła jej pomagać każdego dnia i wspólnie walczyły o naturalne karmienie. Szpital dysponował laktatorami i dbano, aby matka miała szansę swoje dziecko nakarmić. Skutek jest taki, że maluch, który w szpitalu był najpierw karmiony mieszanie, potem karmiony piersią inaczej (szacun, bo ja tak próbowałam trzy tygodnie, ale z laktatorem ręcznym to sobie mogłam ;) ), obecnie jest świetnie przybierającym na wadze młodym człowiekiem karmionym prosto ze źródła.

Gaduchna kilka dni temu widziała karmienie piersią i od tego czasu co jakiś czas wraca pytanie: "A ty mamusiu masz dla mnie mleczko w brzuszku?" [widziała, że ciocia kładzie się z maluszkiem, na detale chyba nie zwracała uwagi ;) I mama ze łzami odpowiada, że nie, że nie ma. Że Gadusia jadła z butelki. I tak mi z tym źle...

Mimo powyższego, mimo, że wciąż się z tą moją porażką nie pogodziłam, sądzę, że ewentualny drugi potomek też zostałby dzieckiem butelkowym. Tkwi już we mnie przekonanie, że NIE UMIEM karmić piersią. Zapewne tym razem zaopatrzyłabym się w laktator elektryczny i spróbowałabym karmienia piersią inaczej. Może tym razem coś by z tego wyszło? Może bym się zaskoczyła i zostałabym matką długo karmiącą piersią? Może... Może się kiedyś tego dowiem... Póki co mam ochotę na drugie dziecko, ale klimat polityczny panujący w mojej ojczyźnie jest dla mnie doskonałą metodą antykoncepcyjną.

Z perspektywy czasu:
- Gaduchna zdecydowanie nie jest dzieckiem otyłym - urodziła się z wagą 3 kg, na rok ważyła ok. 8 kg, a obecnie wreszcie dobiła do 11 kg,
- Gaduchna nie choruje. Na koncie mamy typową trzydniówkę ( wieku dwóch lat) i coś, co na trzydniówkę wyglądało, ale trwało krócej i obyło się bez wysypki (w wieku 9 miesięcy). Zabawa się pewnie zacznie, jak uda nam się znaleźć miejsce w przedszkolu.
- Gaduchna ma krzywe ząbki. Smoczka uspokajacza nie używała, no ale cały czas korzysta (tak, do tej pory), ze smoczka przy butelce. Jednak nie bez znaczenia jest zapewne fakt, iż zęby zaczęły jej wychodzić bardzo późno i w szalonej kolejności. W miarę pojawiania się nowych, krzywulki ustawiają się na swoich miejscach.
- Zęby ma zdrowe, mimo że wciąż zasypia z flachą, czyli je już po myciu zębów.
- Gaduchna jest alergiczką. Miała jednak małe szanse, żeby tej alergii uniknąć, bo urodziła ją matka alergiczka. Nie wydaje mi się, żeby tutaj faktycznie brak mojego pokarmu zawinił.
- Gadulka jest baaaaaardzo związana ze mną (z tatą zresztą też) i nie przeszkodził w tym "brak bliskości", który często jest przytaczany jako argument przeciwko karmieniu sztucznemu.

czwartek, 14 stycznia 2016

Lepiej późno niż wcale, czyli późne ząbkowanie

Dzisiaj o tym, jak Gadusia zapuszczała zęby.
Pierwsze objawy ząbkowania zaobserwowaliśmy u Gaduni dość typowo, bo około szóstego miesiąca życia. Ponieważ ewidentnie było to dla niej bolesne, mimo braku przekonania do takich specyfików, zdecydowaliśmy się na smarowanie dziąsełek dentinoxem. Gadunia, podobnie jak wcześniej nie akceptowała smoczka, tak tym razem kategorycznie odmówiła współpracy z gryzaczkami, których mieliśmy naprawdę pokaźną kolekcję, bo niemal każdy odwiedzający przynosił jeden w prezencie. W pewnym momencie już nawet nie rozpakowywałam opakowań i czekają na nowego właściciela, który być może nimi nie pogardzi. 
Objawy ząbkowania były, ale samych zębów nie, więc przestaliśmy się bawić z żelem, zwłaszcza, że Gadunia pokochała w tym czasie swojego KITI i jego pluszowe uszy, które często od tego czasu gościły w jej buzi. Nie martwiłam się, ponieważ moja mama pamiętała, że ja pierwszego zęba miałam około roczku, mój brat zaś w wieku 14 czy nawet 15 miesięcy. Wiedziałam również, że córeczka naszych przyjaciół, trochę starsza od Gady, pierwszego zęba dorobiła się na pierwsze urodziny, więc luz. Byłam przekonana, że tak będzie z Gadusią.
Na pierwsze urodziny jednak tego zęba nie było, chociaż objawy ząbkowania regularnie się pojawiały - młoda miała tragiczną skórę, jadła tylko mleko, nie spała. Wtedy też zaczęło mnie wkurzać otoczenie, które na nasz widok z daleka wołało na przywitanie: "Są zęby?". Nie "cześć", nie "pocałuj mnie w dupę", tylko o te zęby ciągle i ciągle. Jedna znajoma, namiętnie, przy każdej okazji opowiadała mi, że słyszała, że u jednego dziecka trzeba było nacinać dziąsła, żeby zęby mogły wyjść na wierzch. Inni stwierdzali, że pewnie nie ma zawiązków zębów (pal licho, że było widać, że te dziąsła nie są puste). Uspokajała przyjaciółka teściowej, której dzieci pierwszego zęba miały odpowiednio w wieku 14, 16 i 17 miesięcy. Uspokajała nasza pediatra, która po pierwsze zęby widziała, tylko nie wybite na wierzch, a po drugie stwierdziła, że w całej swojej karierze zawodowej nie spotkała się z przypadkiem całkowitego braku zębów. Wspomniała natomiast, że zna przypadek w naszej przychodni, że dwudziestolatek ma wciąż część zębów mlecznych. Ponadto znajoma nauczycielka opowiedziała nam, że ma w tej chwili ucznia drugiej klasy, któremu dopiero na wakacjach wyrosła brakująca dwójka, jeszcze mleczna! Zgodnie z lekarką uznałyśmy, że nie robimy zdjęcia, bo widać, że zęby idą, tylko cierpliwie czekamy. Upewniła się tylko lekarka, że nie zaprzestaliśmy suplementacji D3.
Pierwszego zęba Gadomiła zapuściła w wieku 17 miesięcy i tygodnia. I nie, nie była to typowo jedynka. Wszakże Gadunia pod wieloma względami jest ekstremistką. Pierwszym zębem mojej córki była lewa górna trójka. Obecnie, półtora miesiąca później, malutka ma obydwie górne trójki, a ponadto szpileczki: dolną jedynkę i dwójki. 

Zaczęło się u nas od trójek, o których wszyscy w internetach piszą, że są najgorsze, najbardziej bolesne. I przyznam, że jestem zaskoczona, bo u nas pojawiły się nadzwyczaj spokojnie. Jasne, było kilka nocy na rękach, ale jeśli się ma high need baby, które dodatkowo wcześniej cierpiało na kolki, to te noce na rękach to nic specjalnego. Marudna była, no ale ona jest hnb, więc marudna bywa bez względu na to, czy są w natarciu zęby, czy nie. 
Odczuwamy jedynie bardzo silne pogorszenia stanu skóry Gadusi, bo przy kolejnych zębach oczywiście ją odparza, pojawiają się zaparcia (chyba to też nietypowe, bo wszędzie czytam raczej o biegunkach) i przede wszystkim tragicznie pogarsza jej się stan skóry. Staram się ograniczać używanie sterydów, ale bywa, że skóra jest w tak fatalnym stanie, że jest to niemożliwe. W tej chwili jesteśmy w trakcie gojenia nóżek, bo którejś nocy Gadunia dostała piżamkę dwuczęściową, bez zabudowanych stópek i zdrapała się tak, że ślady krwi były nawet na prześcieradle :(